Tatrzański urlop 2017. Rusinowa Polana, Dolina Pięciu Stawów, Kasprowy Wierch i Hala Gąsienicowa. Miał być jeszcze Starorobociański i okolice, ale jak nie urok, to sraczka.
Tutaj naprawdę nie ma się nad czym zastanawiać. Wielka Racza jest szczytem, który jak na Beskidy ma do zaoferowania naprawdę wiele.
Odkąd zaczęłam jeździć w góry mam jedno marzenie. Zobaczyć inwersję. Pospacerować ponad chmurami. Nic wielkiego. Z całą pewnością łatwiej osiągalne niż wygrana w Totka czy pokój na świecie. A jednak nie dla mnie. Przełknęłabym gorycz porażki i zanuciła "znowu w życiu mi nie wyszło", gdyby nie to, że byliśmy dosłownie o krok od morza chmur. W tym miejscu pora na tradycyjne już pytanie: co mogło pójść nie tak?
"Tylko się szlajasz i szlajasz, aż Cię napadną i zgwałcą" powiedziała jak zwykle mama, widząc, że pakuję plecak. A czy jest jakieś lepsze miejsce do gwałcenia niż BOLCANO? Hehe.
Dobra, dość, muszę być poważną blogierką.
Bolzano jest stolicą autonomicznej prowincji Trydent - Górna Adyga. Początki miasta sięgają średniowiecza, do którego przenieść się możemy m.in w zamku Runkelstein, gdzie na ścianach znajdziemy doskonale zachowane freski pochodzące z XIV wieeeee...NIE. Spragnionym takich informacji polecam zajrzeć na Wikipedię. A tymczasem jedziemy z tym koksem. Bolzano wieczorową porą widziane moimi oczami i obiektywem.
W naszym napiętym grafiku na Bolzano nie znalazło się zbyt wiele miejsca. Głównym celem wyprawy były Dolomity, które sobie wymarzyłam już jakiś czas temu. Bolzano było tylko przystankiem na drodze prowadzącej do celu.
Prawie każdy mój post zaczynam od tego, że coś nie pykło. Aby tradycji stało się zadość, muszę napisać, że tym razem miał być Ojcowski Park Narodowy, skałki, maczugi i zameczki, ale nic nie wyszło z tej wycieczki!
Co może pójść nie tak, kiedy Twoja już nie taka nówka Renówka przeszła przegląd, zaliczyła dwie wizyty kontrolne u mechanika i w ogóle wszystko powinno być cacy? Po pierwszych 5 minutach wycieczki mogą się odezwać klocki hamulcowe. Dobra, w sumie zazgrzytało tylko raz. Może to fałszywy alarm, jedziemy i jest spoko. Do momentu, w którym wjeżdżamy na autostradę nie tym zjazdem i zamiast na Katowice kierujemy się w stronę Czech. No cóż, czasu straciliśmy już dość dużo, może lepiej odpuścić sobie ten Ojców i jakiś Żywiec czy coś? Ledwo wjeżdżamy do Jastrzębia, to klocki znowu się odezwały i tym razem już tak zostało. To jakaś klątwa, która nie pozwala nam opuścić tego miasta? Na szczęście w zapasie mamy Cytrynę Łukiego, która w sumie na dalsze trasy jest trochę niepewna, pod maską milion trytytek, ale może damy radę? Cytryna daje radę i tak oto jesteśmy nad Jeziorem Żywieckim.







